Autoprozortret ’17

– Czy jest ktoś w twoim życiu?

– W tej chwili jest Pani.

Éric-Emmanuel Schmitt

A dla mnie w tej chwili jesteś Ty. Jesteś osobą, która teraz czyta słowa, które ja w innej czasoprzestrzeni przelewam na klawiaturę komputera. W tej chwili liczysz się Ty, czytelnik. I to właśnie Tobie chcę pokazać siebie.

Prozortret pokryty kurzem, opłakany łzami, czasem przykryty uśmiechem, a czasem zapomniany.

Czas jest zadziwiającym zjawiskiem. Mija tak strasznie wolno, a zarazem tak szybko. Mijają lata, miesiące, dni, godziny, minuty, sekundy. I to właśnie sekundy są z tego najgorsze.

Sekundy, które czasem niszczą wszystko. Krótkie niewyczuwalne momenty. Momenty gdy świat się wali i momenty gdy świat wznosi cię na piedestał.  Momenty… krótkie chwile, rzucające cień na wszystkie inne…

Nie umiem zobrazować wszystkiego, co przyniosły mi minione miesiące. Jeśli chciałabym je skatalogować, wrzucić do jednego pokoju. Byłby to pokój pełen wyborów, pełen nieprzespanych nocy, pełen udawanych uśmiechów i tłumionych łez. Pełen nauki tego jak być szczerym, pełen szukania własnych emocji, pełen rozczarowań i zachwytów.

Kiedy nagle z piskiem opon zatrzymujesz się na autostradzie powstaje chaos. Wielka dezorientacja wszystkich dookoła, szum podniesionych głosów. Nikt nie wie co się dzieje.

Jestem człowiekiem w tym samochodzie. Pędzącym z nadnaturalną prędkością, prędkością, która z piskiem opon gdzieś uleciała.

Jestem chaosem. Łapczywie zaczerpniętym oddechem, w chwili wynurzenia się na powierzchnie.

Kiedy przez bardzo długi okres w życiu udajesz, że nie masz żadnych emocji, kiedy orientujesz się, że jednak je masz czujesz się jak wypruty z wnętrzności miś, dodatkowo rzucony o ścianę, tak mocno, że traci guzikowe oczy.

Pamiętam jak dwa lata temu stałam pośrodku zapełnionego turystami rynku. Patrzyłam lekko zamglonym wzrokiem na doskonale znane mi budynki. W ręku trzymałam telefon, który raz za razem mówił do mnie głosem pani z poczty głosowej. W oczach miałam łzy. Łzy, które sprawiały, że piękno ukochanego miasta ginęło gdzieś w oddali. Tak pożegnałam się z Krakowem i tak od tamtej pory nie mam odwagi by odwiedzić go ponownie.

Tyle, że to było kiedyś. Jedno co przyniosło mi ostatnie 12 miesięcy mojego życia to spokój. Tę ulotną chwilę, w której wiesz, że wcale nie musisz niczego robić. Spokój, o to że niezależnie od tego co by się mogło wydarzyć ja będę sobą. I to chyba jest w tym wszystkim najlepsze.

Zyskanie spokoju, pokory i szacunku. Zrozumienie, że to co robie ma jakiś sens. Nie jest tylko gromadką wybranych przypadkowo czynności. Jest drogą. Czasem aż za mocno wyboistą, ale moją własną.