Kiedy plany zostają tylko planami

Budzisz się rano i wiesz co chcesz zrobić. Wiesz, że chcesz napisać post na bloga i zrobić tą zaległą prezentacje, którą od miesiąca powinnaś przedstawić na zajęciach, z tyłu głowy gdzieś jest jeszcze myśl, że musisz dokończyć rozdział z książki na kurs nurkowania, chcesz jeszcze doczytać te greckie mity, co planujesz zrobić w telepiącym autobusie podczas drogi na uczelnie. Gdzieś tam jest jeszcze myśl, że jutro spędzisz osiem godzin w pracy, by mieć za co ugotować sobie tę dawno niejedzoną, wypasioną potrawę.

A potem wstajesz z łóżka, popijasz aromatyczną kawę i robisz sobie sałatkę na drugie śniadanie, przez którą docierasz na zajęcia ledwie mieszcząc się w kwadransie studenckim. Kończysz zajęcia zmęczona słuchaniem o neolityzacji. Wracasz do domu i znowu odpalasz kolejny odcinek serialu, mówiąc sobie, że to tylko 40 minut, z których potem robi się trzy godziny.

Wtedy wybija dwunasta, a ty musisz położyć się spać, by następnego dnia nie być chodzącym trupem.

I kiedy leżysz już w łóżku, spowita w ciemność pokoju, do którego wpada tylko kilka promieni światła z sąsiednich bloków krzyczysz na siebie w myślach. Bo nie zrobiłaś nic, z tego co miałaś zrobić. Bo znowu coś nie wyszło. Kolejny dzień spędzony na oglądaniu Doctora Who, ewentualnie kolejny dzień, po którym wracasz do domu po wypiciu kilku piw.

Wtedy znowu postanawiasz sobie, że jutro będzie inaczej. Że nie pójdziesz na piwo, że nie skończysz na oglądaniu seriali. Wierzysz, że napiszesz tekst na bloga i wreszcie ściągniesz tego audiobooka, do posłuchania w tracie dojazdu na uczelnie. Wierzysz, że może akurat jutro się uda i pojedziesz na uczelnię rowerem zamiast autobusem. W końcu idzie wiosna! Wierzysz, że wrócisz do domu, zmyjesz wieże brudnych naczyń, która stoi na stole po środku twojego pokoju. Wieczorem wreszcie uporządkujesz notatki ze studiów. Napiszesz zaległe maile, może przeczytasz chociaż rozdział książki, która od miesiąca leży zakurzona na parapecie. Może akurat jutro się uda.

I tak zasypiasz. Z tą myślą, że jutro będzie inaczej. Z myślą, w którą tak na prawdę nie wierzysz.

A potem budzisz się rano i wsiadasz na rower, który masz ochotę wrzucić do rzeki, kiedy wykończona stajesz na środku mostu, bo na uczelnie zostało ci jeszcze stanowczo zbyt długa do pokonania trasa. Znowu spóźniasz się na zajęcia, a kiedy się kończą idziesz na piwo, ale tylko jedno. Wracasz do domu i zanosisz brudne naczynia do kuchni i nawet je zmywasz, wycierasz też kurz z szafek. Potem siadasz na łóżku i serial nie chce się włączyć, więc bierzesz do ręki tę zakurzoną książkę leżąca na parapecie i zaczynasz czytać.

Bo czasem się udaje. Grunt to zawsze mieć nadzieje.

  • klarr

    Będąc w połowie chciałam napisać: nie bądz taka krytyczna, przecież ostatnio jechałas rowerem na uczelnię nawet z bonusem :D. Ale potem doczytałam do końca.
    To krzyczenie w myślach i układanie sobie idealnego planu dnia, w którym wszystkie zadania pójdą mi gładko, to moja specjalność 😀 Ale jest ta nadzieja, że czasem coś wychodzi 🙂