Ludzie znikają

Ludzie znikają. W jednej sekundzie są we własnym domu, piją poranną kawę, wychodzą do pracy, a w drugiej znikają. Ot tak zapadają się w powietrzu. Giną w bezkresach wody, albo znikają za zaciemnionymi oknami czarnych furgonetek. Może po prostu chcą innego życia, umierają, albo stają się żyjącymi dawcami organów. Jedno jest pewne. Ludzie znikają. Najgorsze w tym wszystkim jednak nie jest zniknięcie. Najgorsze jest to ile osób zauważy, że Cię nie ma.

Ile jest osób, które widząc twój brak obecności w pracy, szkole czy gdziekolwiek przejmie się tym? Ile osób pomyśli coś więcej niż jedno zdanie, mówiące że ktoś pewnie zachorował, że pewnie jest w domu. Bo w domu nikomu nie może stać się nic złego.

A ile jest takich przypadków, gdy sąsiedzi czując smród znajdują gnijące ludzkie ciało w zamkniętym na klucz mieszkaniu. Znajdują kogoś kto żył, kogoś kto nagle nie pojawił się w miejscu w którym miał się pojawić, znajdują kogoś kto nie miał nikogo, kto zorientował by się że coś się stało, jednej osoby, której przez głowę przeszłaby myśl, że coś mogło się stać.

I  wiecie, to wcale nie znaczy że ktoś był samotny, to bardziej oznacza że nie przejmujemy się innymi. Jeśli ktoś nie daje znaku życia to pierwsze co myślimy to, to że ktoś nie ma czasu, albo że nie chce z nami rozmawiać. W 99 przypadkach na 100 tak właśnie  będzie.

Tylko co z tym jednym razem, kiedy coś się wydarzy i nikt nie zareaguje… nikt nie zauważy…

Nie zauważy że nagle Cię nie ma, i nie mówię o tym, że ktoś nie zauważy że pożegnasz się z życiem, bo to tylko kilka drastycznych przypadków.

Możesz wyjechać na koniec świata, na druga półkule i ludzie nadal mogą tego nie zauważyć. Jednego dnia jesteś a drugiego… ot tak Cię nie ma.

Bo ludzie znikają… Czasem tylko jakby bardziej niż zwykle…