Nie umiem w zobowiązania, czyli cotygodniowe wypalenie

Brzmi trochę jak wyznanie, albo raczej baner z wielkim napisem: NIE JESTEM ODPOWIEDZIALNA. Co prawda nie jest aż tak drastycznie, bo odpowiedzialna jestem, podobno, kilka osób mi tak powiedziało, więc chyba nie będę się z nimi spierać.

W moim życiu i zapewne w większości z was też, istnieją dwa rodzaje zobowiązań. Jedne takie, które składa się wobec innych, a drugie takie, które składamy wobec siebie.

Należę do osób, które bardzo szybko się nudzą. Potrafię zacząć coś robić z wielką pasją i planem, by po jakimś czasie kompletnie się wypalić. To taki moment, kiedy zaczynasz swoją przygodę z jakąś konkretną dziedziną, by dojść do jakiegoś etapu wiedzy, czy też doświadczenia i zrozumieć, że tyle w zupełności wystarczy, że nie potrzebujesz się więcej w to zagłębiać. Ewentualnie po pewnym czasie po prostu przestaje ci się to podobać i zwyczajnie czujesz, że to nie jest dla ciebie.

Zawsze podziwiałam ludzi, którzy wiedzą czego chcą. Ba! Ja sama kiedyś byłam taką osobą. Przez większość gimnazjum i całe liceum chciałam być prawnikiem, dokładnie prokuratorem. Potem mi się to odwidziało, nie jakoś nagle, dzisiaj wydaje mi się, że wiedziałam to już dawno temu, jednak oczywiste stało się to dopiero wtedy, gdy po maturze nie złożyłam papierów na prawo, a kiedy poszłam na zupełnie inny kierunek studiów i poznałam osoby studiujące prawo, tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że nie chcę tego robić.

pexels-photo-1

Nie jestem trwała w moich przekonaniach, większość postów, które opublikowałam na początku istnienia tego bloga są już nie aktualne, a minął ledwie rok! Szybko zmieniam zdanie, jednak jeśli w coś wierzę (nawet jeśli to trwa krótko) to bronię tego jak lew. Oczywiście nie zmieniam zdania odnośnie wszystkiego, mam kilka poglądów, które są ze mną od tak dawna, że nawet nie wiem jakby wyglądało życie bez nich i prawdopodobnie się tego nie dowiem, bo te poglądy są mną, moją filozofią życia.

Nie lubię zobowiązań i na prawdę bardzo rzadko zdarza mi się do czegoś zobowiązywać. Jednak jeśli już powiem komuś, że coś zrobię, to to robię. Podoba mi się idea bycia honorowym, kiedy słowo znaczy tyle samo co spisany na papierze kontrakt, lubię być słowna. Znam jednak siebie i nie rzucam zobowiązaniami na lewo i prawo, a przynajmniej nie świadomie.

Nie potrafię jednak dotrzymywać słowa sobie. Mogę sobie powiedzieć, że będę ćwiczyć, albo pisać regularnie bloga i nie jestem w stanie tego dotrzymać. Gdzieś w jakimś momencie ćwiczenia kilka razy w tygodniu czy codziennego pisania zaczynam czuć się trochę jak zżuta guma. Muszę się zatrzymać i odpocząć, zaczerpnąć powietrza, by potem móc wrócić i zacząć od nowa.

Bardzo bym chciała, by ten blog się rozwinął, bardzo bym chciała zacząć pisać regularnie przez dłuższy czas niż miesiąc, ale nie umiem. Jednego dnia budzę się i wiem co chcę przekazać światu, a następnego dnia nie umiem sklecić jednego, sensownego zdania, a wszystko co napiszę wydaje mi się na tyle głupie, że nadaje się jedynie do kosza.

Piszę, by się wypalić, wypalam się, by odrodzić się na nowo. I tak w kółko.

Problem w tym, że muszę się nauczyć jak się nie wypalać…

  • klarr

    Myślę, że nie ma ludzi, którzy się nie wypalają, a jeśli są, to oszukują się.
    Ostatnie zdanie skojarzyło mi się z feniksem. Może właśnie trzeba się wypalić raz na jakiś czas, żeby zn ów powrócić ze zdwojoną siłą i świeżym umysłem. Zatrzymać się na chwilę, by przypomnieć sobie p co tak właściwie się coś zaczęło robić (no chyba, że chodzi o ćwiczenia – wtedy lepiej się nie zatrzymywać na długo, bo powrót jest cięższy niż w innych przypadkach 😀 )

    • Jest jednak różnica między wypaleniem się raz na jakiś czas, a ciągłym powtarzaniem tego schematu w małych odstępach czasu.