Leżę i patrzę w sufit

No więc leżę, mogłabym też siedzieć, a zamiast w sufit patrzeć na białą, pustą kartkę w wordzie. Zresztą, nie ważne co robię, ważne czego nie robię. 

Każdy, kto kiedykolwiek zabierał się za pisanie, malowanie, rysowanie czy cokolwiek co można nazwać pracą twórczą zapewne zmierzył się z czymś takim jak blokada twórcza. Wiecie, jak byłam w gimnazjum i siedziałam po nocach pisząc fanficki potterowskie, nie rozumiałam słowa wena. Po prostu siadałam, pisałam i jakoś szło. Nadal tak myślę, trzeba zacząć to jest chyba w tym najtrudniejsze, przełamać barierę kilku pierwszych zdań, potem idzie z górki.

Podobno.

Jest tyle rzeczy, które chciałabym powiedzieć, napisać. Tyle tematów, które chciałabym poruszyć, że aż z tego przesytu zaniemogłam. To taki głupi natłok myśli, bodźców… jednym słowem wszystkiego. Moment, w którym jest się tak zakręconym, że serce zaczyna bić szybciej, a oddech przyśpiesza… nie oddech nie przyśpiesza, to chyba byłaby przesada.

Chodzi mi o to, że czasem tak bardzo chce się coś powiedzieć, ubrać myśli w słowa, tylko nie w takie zwykłe, to muszą być odpowiednie słowa. Dopasowane do konkretnej sytuacji, słowa, które choć trochę przybliżą innym moje postrzeganie świata. Idealne słowa, które powinny być też proste.

Czytaliście kiedyś Kanta? Moje pierwsze spotkanie z Krytyką Czystego Rozumu wyglądało mniej więcej tak, że czytałam słowo za słowem, zdanie za zdaniem, stronę za stroną… i tak dalej. Problem był jednak w tym, że nic nie rozumiałam, to było za trudne, za bardzo zawiłe, nie zrozumiale dla mojego pospolitego mózgu. Tak, mam pospolity mózg, albo jeszcze i gorzej. Nigdy nie byłam w niczym wybitna. Wiecie… same tróje i czwórki, poza szóstką z plastyki i wf. Może gdybym od podstawówki nie miała gdzieś matematyki byłbym teraz dumną studentką polibudy. Może, tyle że ja nigdy nie lubiłam matematyki. Jedyna rzecz, której jestem w całym moim życiu pewna, to właśnie to, że nie lubię matematyki, rozumiem ją, ale jej nie lubię.

No tak, ale ten tekst nie miał być o mojej trudnej relacji z matematyką. Właściwie nadal nie wiem o czym on ma być. A no tak. Miał być o tym, jak wiele chce wam powiedzieć, a jak bardzo nie umiem tego ubrać słowa. Czuję się teraz trochę tak jakbym przelewała chaos moich myśli na papier, tylko w trochę bardziej oprawionej formie. Chociaż ładną formą nie byłoby to nawet wtedy, gdybym napisała to na perfumowanym, różowym papierze, trzymając w ręku pióro wieczne i lak do zapieczętowania.

Ten tekst coraz bardziej zmierza donikąd. Miało być o szaleństwie, o pragnieniu, o życiu i o chęci poznania tego co prawdziwe i ważne. Trochę patetycznie, co?

No ale kurczę, jest piątek! A ja siedzę i piszę tekst na bloga… nie… stop, nie piszę… od kilku godzin siedzę i patrzę się na pustą kartkę, albo na ten tytułowy sufit, jak kto woli.

Szukam słów, które byłyby w stanie opisać obrazy pojawiające się w mojej głowie, uczucia, które władają moją duszą, ale ich nie znajduję. Nie umiem znaleźć odpowiednich słów. Mogłabym napisać jakiś głupi poradnik, wiecie coś w stylu: jak szybko schudnąć, jak lepiej zarządzać czasem, tylko tych poradników jest tyle, że po co zaśmiecać internet kolejnym, it’s not important. Nie żeby ten tekst był ważny, bo bądźmy szczerzy, nie jest, ale jak powiedział kiedyś Jack Kerouac:

Pewnego dnia znajdę odpowiednie słowa i będą one proste.

No więc mam nadzieję, że kiedyś je znajdę.